[PL] Recenzja: Matrix Audio X-Sabre PRO MQA DAC

2021-03-04 17:44Reviews
 This article originally published at HiFi PHILOSOPHY at November 19th 2020, click HERE to visit the original webpage.

 

 

Że przetworniki rządzą, to teraz równie jasne, jak fakt rządzenia komputerów. Stojących na biurkach lub pod nimi albo noszonych po kieszeniach ze zmodyfikowaną nazwą „smartfon”. Wszystkich mających za przedłużenie przetworniki cyfrowo-analogowe. Te mogą być wbudowane lub zewnętrzne i tanie albo drogie. Najdroższy taki kosztuje zdaje się coś koło stu tysięcy dolarów, najtańsze paręset złotych. Z taniutkich będzie następny recenzowany (iFi Audio Zen DAC), a na razie nietani.

MATRIX AUDIO X-SABRE PRO MQA kosztuje 9 498,99 zł, czyli dziwaczy z ceną jeszcze bardziej od innych, świecąc po oczach jednym groszem, a nie jedną złotówką. Umówmy się, że kosztuje dziewięć pięćset, czyli wystarczająco dużo, by nazwać go elitarnym. Nie jest bowiem taniutki ani tani, nie należy też do średniaków; kosztuje tyle co któryś z lepszych telewizorów, albo któreś luksusowe słuchawki. (Może nie najluksusowsze, ale już luksusowe.) Luksusowym przetwornikiem jeszcze nie będzie – takie kosztują ponad dwadzieścia albo więcej, najluksusowsze ponad pięćdziesiąt. Co wcale nie musi znaczyć, że pośród tańszych nie znajdzie się lepszych. Może nie lepszych od Jadis JS1 MKV, ale taka PrimaLuna Evolution, czy kuzynek recenzowanego, MATRIX Element X, są lepsze niż całe stada dużo droższych, a do dwójki przed czterema zerami im daleko.

Odnośnie relacji cena/jakość nasz X-SABRE PRO MQA na dodatek się sroży. Producent powiada o nim, że to przetwornik referencyjny z natywnym odczytem plików MQA, wypracowanym wspólnie z MQA Ltd. O tych plikach pisałem szerzej przy okazji tego kuzyna ELEMENT X i zostało tam napisane, że nie są wprawdzie (wbrew zapewnieniom autorów) całkiem jak analogowe taśmy matki, niemniej pozytywnie się wyróżniają na tle pozostałych cyfrowych zapisów audio. Od razu może też dopowiem, że nie okazało się prawdą, iż X-Sabre można połączyć z ELEMENT X przez kabel HDMI, by stał się dla niego przetwornikiem wzorcowym – żaden dźwięk nie zaistniał. Ale może jeszcze nadejdzie chwila, w której to rekomendowane jako najlepsze (dźwięk bez żadnych przekłamań przesyłające) łącze znajdzie praktyczne zastosowanie; może nawet już tak się dzieje, np. w odniesieniu do tunerów satelitarnych, ale to sobie odpuścimy.

Jest MATRIX AUDIO X-SABRE PRO MQA popisem swego producenta w odnodze „gołych” przetworników – w odróżnieniu od nowszego ELEMENT X nie ma wbudowanego słuchawkowego wzmacniacza. Inne za to rzeczy ma wbudowane i teraz przejdziemy do nich; odnośnie zaś informacji o producencie, odsyłam do niedawnej recenzji tego MATRIX ELEMENT X.

Architektura obudowy i wnętrza

 

Jest nowocześnie, czyli płasko.

Zacznijmy od powierzchowności, a ta jest naleśnikiem. Czarnym bądź srebrnym, do wyboru, w każdym wypadku równie płaskim. Czyli płaskim naprawdę, niczym złożony cylinder (taki do noszenia na głowie). Ale, gdzie tam – nieprawdę piszę. Aż takie płaskie te SABRE nie są, poza tym nie połyskują atłasem, tylko białymi diodami. O diodach za momencik, wpierw o ich osadzeniu.

MATRIX X-SABRE PRO MQA jest nowocześnie spłaszczony i węższy oraz mniej głęboki od klasycznego klocka audio. Dokładnie mierzy 300 x 218 x 45 mm, dość będąc w takim razie gabarytowo niepozornym, ale branie go jedną ręką wymaga sporej siły. Pochwycić łatwo nie jest – nóżki, a ściślej aluminiowe stożki jak reszta są niziutkie i pałce pod spód nie wchodzą – a waga prawie czterech kilogramów robi już średnią hantlę. To skutek pancernej obudowy z odlewu aluminium, nie tylko osłaniającej przed wrogim zewnętrznym światem pól magnetycznych otoczenia, ale także mającej grube ścianki wewnętrznych przegród, by najwrażliwsze elementy osłonić przed złym wpływem toroidalnego transformatora i elementów sterujących. Transformator siedzi wobec tego za grubą ścianą, do jego kolistości dopasowaną kształtem; podobnie grubymi, ale już prostymi ściankami oddzielono od sekcji przetwornika obsługę przedniego panelu. Na tę składa się w centrum okrągły ekranik LCD, informujący o aktywnym łączu wejściowym, formacie odtwarzanego pliku, częstotliwość próbkowania i poziomie głośność. Wtopiono ten ekran w winietę z pancernego szkła, po obu stronach przechodzącą w galerię sensorów dotykowych, pozwalających włączać/wyłączać, regulować głośność, wybierać wejścia, przechodzić do podmenu oraz przeskanowywać sprawdzająco wybór aktualnych ustawień. Poza tym jest tam odbiornik pilota – jest bowiem także pilot: identyczny jak u ELEMENT X, czyli aluminiowy, zgrabny, pozwalający oprócz włączania/wyłączania i regulacji głośności całkowicie wyciszać i przerzucać się między wejściami.

 

Ale zarazem masywnie.

Odnośnie estetycznych wrażeń, urządzenie prezentuje się znakomicie. Pomimo małych gabarytów jego masywność jest widoczna, ścianki są elegancko wyoblone, okrągły ekran i po jego stronach rzędy regulatorów ładnie skomponowane. Także faktura aluminium nic nie zostawia do życzenia, a trzy srebrne stożki podstawek dodają całości szyku. Pilot wieńczy zalety – żadna plastikowa tandeta, żadnych kłujących opuszki palców za malutkich przycisków.

Urządzenie oferuje multum regulacji wewnętrznych: bajpas potencjometru, siedem filtrów cyfrowych („fast”, „slow” i mieszane), cztery tryby filtracji DSD, stosowanie lub nie reduktora jittera, użycie albo nie wyjściowego gainu (po +18 dB), dopasowanie do zewnętrznego zegara wzorcowego lub opieranie się na własnym, kontrolę jasności wyświetlacza i używanie albo nie sygnałów dźwiękowych przy regulacjach. Tradycyjna zatem cyfrowa zabawa, przerabialiśmy ją wielokrotnie. Nie powiem, że nieprzydatna, bo filtry cyfrowe zmieniają brzmienie w stopniu poza iluzorycznym, pozwalając na dopasowanie do wzmacniacza i reszty toru.

Na tylnej ściance koncert życzeń – wyjścia analogowe RCA i XLR, wejścia cyfrowe optyczne, koaksjalne USB, HDMI (IIS) i AES/EBU. Prócz tego wejście i wyjście M-link do łączenia w sieć z innymi urządzeniami firmy oraz specjalne gniazdo „Update mode switch” i oczywiście zasilające. To jest normalne, trójbolcowe, nie ma więc zewnętrznego zasilacza – odnośnie czego wraz z przetwornikiem dostajemy kabel zasilający i kabel USB.

 

I symetrycznie.

Gdy chodzi o wsad technologiczny, to sercem układ scalony ES9038PRO advanced 8-channel D/A, wspierany przez kość asynchronicznego interfejsu USB – XMOS XU216 i kość transferu S/PDIF – AK4118. Razem gwarantują streamingi: MQA do 24-bit/384 kHz, DSD do 1024 i PCM do 32-bit/768 kHz; wszystko pod kontrolą zegara wzorcowego Crystek CCHD-950 i przy wsparciu reduktora szumów wewnętrznych Sabre ESS Tech ES9311Q. Mamy tu zatem układ powtórzony w późniejszym przetworniku ELEMENT X, ale nie zakłócany wbudowanym słuchawkowym wzmacniaczem i pietystycznie doszlifowany. Efektem szumy szczególnie niskie i oczywiście osobno prowadzone krotności próbkowania dla wyjściowych 44,1 i 48 kHz. Współczynnik S/N to -134 dB, THD 0,00012%, Crosstalk (przesłuch międzykanałowy) aż -151 dB, poziomy wyjściowe odpowiednio 4,5V dla XLR i 2,25V dla RCA (dla 0 dB wzmocnienia). Gabaryty podałem, waga to 3,7 kg.

Co z tego wynika dla brzmienia

 

Podstawa też nie jest byle jaka.

– Oooo, proszę państwa – bardzo wiele! Wszakże pod jednym warunkiem – mamy zamiar pobierać sygnał przez złącze USB. Ono jest zwykle postrzegane jako gorsze, ewentualnie najwyżej równe innym cyfrowym, odnośnie których słychać głosy: „najlepsze S/PDIF”, „a nie – bo I2S”, „a nie – bo optyczne”… Różnie z tym bywa w zależności od urządzenia, konwerterów i używanych kabli; natomiast odnośnie recenzowanego MATRIX AUDIO X-SABRE PRO MQA stanowczo należy stwierdzić: „Najlepsze USB!”. I to nie tak troszeczkę, że trzeba się wsłuchiwać, tylko jak macie komputer z dopieszczonym transferem na gniazdo koaksjalne, bo to się dotąd najlepiej sprawdzało w komputerowym graniu na zewnętrzny przetwornik, to X-SABRE PRO MQA wam to przez swoje USB zamiecie na łopatkę i wyrzuci do kosza. Jeżeli chcecie po koaksjalnym, bo już ten transfer oprzyrządowany dobrym kablem i konwerterem, to używając tego przetwornika nie wskóracie więcej niż za pośrednictwem dwa razy tańszego RME ADI-2 DAC FS. Wraz z którym dostaniecie jeszcze świetnej jakości słuchawkowy wzmacniacz i na niebagatelny dodatek zaoszczędzicie na kablu zasilającym – czyli nie ma o czym rozmawiać w kategoriach opłacalności. Natomiast gdy chcecie po USB, a przede wszystkim gdy chcecie jakości jak najwyższej w wymiarze absolutnym, wówczas (pomimo że ten RME przez gniazdo USB też gra rewelacyjnie), od X-SABRE PRO MQA dostaniecie jakości więcej. (Czemu nie mielibyście chcieć? No, może i dobry kabel USB nie jest tani, ale tysiąc osiemset za Fidatę, to nie żaden majątek; porządne kable koaksjalne są dużo, dużo droższe.) Jeszcze więcej upragnionej jakości dostaniecie mając TIDAL-a i poprzez niego dostęp do plików MQA. W przypadku X-SABRE PRO MQA nie będzie w odniesieniu do nich (ujętych nawet w jego nazwie) takiej różnicy, jak przy odczycie za pośrednictwem identycznego prawie przetwornika wbudowanego w MATRIX ELEMENT X, lecz nie dlatego, że SABRE PRO czyta te MQA gorzej, tylko na odwrót – więcej potrafi wyciskać ze zwykłych plików PCM. Dlaczego tak się dzieje, na to nie umiem odpowiedzieć, ale chyba dlatego, że SABRE PRO to ogólnie bardziej dopieszczony materiałowo przetwornik.

 

A z tyłu wszystko co potrzebne.

Różnice między nim a przybudowanym do słuchawkowego wzmacniacza „bratem-prawie-bliźniakiem” nie są z gatunku zasadniczych, i nie są nawet spore, ale dające się rozpoznać. SABRE PRO jest, zgodnie z nazwą, bardziej profesjonalny, to znaczy bardziej precyzyjny i bardziej wyrównany. Nie ma słyszalnych wahnięć w paśmie akustycznym, żadna część się nie wyróżnia. Dobrze to, czy niedobrze – to już zależy od oczekiwań użytkownika; jedni się będą tym zachwycać, innym może trochę brakować rozdmuchiwania trzeciego wymiaru lekką addycją sopranową w odczycie ELEMENT X. Dylemat taki może być jednak zepchnięty na plan dalszy przez dwa walory SABRE PRO – wyjątkową przydaną mu dynamikę i wyjątkową precyzję. Odnośnie dynamiki i zjawiającej się zaraz przy niej bezpośredniości – to one stoją za tym, co sprawia, że złącza inne niż USB na tle pozostałych wysokiej klasy przetworników nie będą się wyróżniać, a USB się będzie. Na dodatek to wyróżnienie nie będzie tyczyło w takim stopniu samych plików MQA; już przez ELEMENT X odczytywane bardzo dobrze PCM, przez SABRE PRO odczytywane będą jeszcze lepiej. Energia, czystość, żywość, dynamika i naturalizm – wraz z tym całościowe poczucie obcowania z muzyką, którą jakbyś współtworzył. To zasadniczy walor tego przetwornika z użyciem złącza USB; inaczej mówiąc – przekracza się wraz z SABRE PRO bardzo ważną granicę, za którą muzyka jawi się jak żywa. No – nie aż taka, jak kiedy się faktycznie stoi pomiędzy grającymi muzykami, ale nasuwająca to skojarzenie w stopniu tak silnym, że aż się można zapomnieć. Gdy poprzez słuchawki Ultrasone Tribute 7 napędzane wzmacniaczem Ayona biorącym sygnał od SABRE PRO płynęły złowrogie wersy „Apokalipsy św. Jana”:

Woe to you, on earth and sea

For the Devil sends the beast with wrath

Because he knows the time is short

Let him who hath understanding

Reckon the number of the beast

For it is a human number

Its number is six hundred-and-sixty-six…

 

I pilot też je elegancki.

wypowiadający je z aktorską modulacją Bruce Dickinson jawił się jako uderzająco realny. Podobnie realni byli inni – a rzecz tyczyła na równi instrumentów, co ludzkich głosów; dźwięków samej muzyki, co towarzyszących; na równi dużych i małych składów. To było rzeczywiście profesjonalne granie, ale nie w sensie nudnej poprawności, zwanej często neutralnością. Chcący prawdziwie przeżywać muzykę na taką neutralność rzygają i sam się do nich zaliczam. Muzyka jest przecież przeciwieństwem neutralności; neutralna, to może być popołudniowa drzemka. (Dlatego w dzień nie sypiam, a w nocy też niewiele.) Przetwornik SABRE PRO jest profesjonalny w sensie realistycznym, a nie jakiejś wydumanej neutralności, której w prawdziwej muzyce w ogóle nie ma. (Chyba że jest to muzyka z założenia tworzona na komputerze jako dźwiękowa układanka płaskich emocjonalnie dźwięków.) W odróżnieniu od komputerowego erzacu jakość instrumentu muzycznego polega zaś właśnie na tym, że już pojedynczy dźwięk ma silny walor emocjonalny – sam jeden pobudza wyobraźnię.

Tak się złożyło, że recenzja tak grającego przetwornika powstała bezpośrednio po recenzji w tym samym typie kabla, jako że Acoustic Zen Absolute Cooper reprezentuje dokładnie tę samą szkołę brzmienia. Z tą różnicą, że tam twórca to od początku artykułował – z samego założenia miał to być kabel stricte realistyczny, przepuszczający przez siebie cały nagraniowy realizm. To samo można powiedzieć o SABRE PRO, a już szczególnie w przypadku złącza USB i plików MQA.

Na rzecz tego realizmu przetwornik oferuje pełną paletę zalet: od w pełni otwartych i trójwymiarowych sopranów, przez realistyczne ludzkie głosy, po zróżnicowany i mocny bas. Faktura tego ostatniego nic nie zostawiała do życzenie – zarówno odnośnie swoistości dźwięków, jak i ich dynamizmu. To samo w odniesieniu do całego pasma. Wchodzące za recytacją Bruce’a Dickinsona gitary przytłaczały akustyczną energią i zgodnie z duchem Iron Maiden była to eksplozja dźwięku. Od dzikich orgii heavy metalu, fenomenalnie reprodukowanych przez najlepsze w tym gatunku Ultrasone Tribute 7, przeszedłem do sonat skrzypcowych Beethovena, które w wykonaniu Gidona Kremera i Marty Argerich przez te same Ultrasone brzmiały też zgodnie z duchem twórcy – dramatycznie, poetycko, rzewnie i gniewnie. Mieniły się nastroje, mieniły struny skrzypiec i fortepianu, a wszystko czyste, trójwymiarowe, głębokie i nasycone emocjami, nasycone energią.

 

Jasność świecenia regulowana.

Wróciły z wypożyczenia podstawki Synergistic Research Mig SX i postawiony na nich SABRE PRO dał z siebie stojąc na nich jeszcze więcej. Może nie dużo więcej, ale to było bardzo ważne, ponieważ muzyki zrobiło się właśnie więcej. Na ten sam utwór składało się więcej brzmienia, te bowiem zrobiły się bardziej wielowarstwowe i jednocześnie pomniejsze z nich, niemalże dotąd nieobecne, nabrały mocy, wyraźniej się zaznaczając. W efekcie muzyka się rozwinęła, trochę na podobieństwo rozwijającego się na przyspieszonym filmie kielicha kwiatu. Nie tak znaczny ten rozwój, ale do usłyszenia – wraz z usłyszeniem satysfakcji. Wielowarstwowa, energetyczna i realistyczna dawała to, co nazywamy high-endem. I to nie w wyświechtanym nadużywaniem znaczeniu, tylko pierwotnym, zasadniczym. Nic bym przeciwko temu nie miał, żeby to był mój przetwornik. Nie do końca on brzmi jak lampowy – nie ma dorzutu ciepła, dźwięk nie jest lepki, nie ma w nim dużo słodyczy. Większy nacisk idzie na moc i drajw, większy także na timing niż sustain. Ale muzykalności nie brak ani trochę i trzeba dobrze się wsłuchiwać, by wyłapać walory bardziej tranzystorowe niż lampowe. A na to wsłuchiwanie wcale nie masz weny, bo muzyka cię porywa, nie skłania do analizy. Na analizę szkoda czasu, bo w pół sekundy jesteś świadom, że gra to właśnie high-endowo, zaczem korzystasz z okazji, aby się tym nasycić, a nie zawracać sobie głowę jakimiś analizami.

Dorzućmy kilka uwag. Dźwięk raczej ciemny niż jasny i mocno nasycony. Świetnie łączący dociążenie z trójwymiarowym obrazowaniem i wsparty naturalistycznie potężną, przytłaczającą dynamiką. W przypadku stania na Mig SX także z tym rozwarstwieniem i na dodatek natlenieniem. Brylujący przede wszystkim dwiema wartościami:

 

Przyjemnie się ogląda, jeszcze przyjemniej słucha.

– Bo tak, rzeczywiście – bardzo wyraźny, równy w paśmie i dokładny, jak również całkowicie transparentny i całkowicie otwarty, ale przede wszystkim energetyczny i złożony. Złożony nie poprzez analityczną szczegółowość, tylko wielobrzmieniowość i jej nakładanie. Czyniącą go równocześnie bardziej trójwymiarowym i bardziej ujawniającym wewnętrzną budowę. To rozwinięcie wewnętrzne jest zwłaszcza dobrze słyszalne w przypadku klawiszy fortepianu; im więcej brzmienia pod klawiszem, tym więcej tego rozwinięcia, o którym właśnie piszę. Wielobrzmieniowość, miąższość, złożona struktura harmoniczna – różnie to można tykać słowem, a sami wiecie, o czym mówię. Tym bardziej „miąższość” w naszym przypadku dobrym słowem, że dźwięk nie tylko natleniony, ale także wilgotny. Nie lepki i nie słodki, ale nasączony, rozfalowany, wielowarstwowy, wibrujący i żywy w sensie dosłownym. Do tego mocny jak dynamit. Gdybyś miał gitarę Gibsona, wzmacniacz Marshalla i umiał grać, sam byś sobie takie coś zrobił. Ale nie umiesz i nie masz.

Reasumując

Patrząc od strony audiofilskiej, i czyniąc tak w poszerzonej panoramie, przetwornik MATRIX AUDIO X-SABRE PRO MQA poza różnymi innymi rzeczami wpisuje się też w wojnę tranzystorów z lampami. Dla tranzystorów bardzo udanie, ponieważ wytrąca w znacznej mierze argumenty o spłaszczonym przestrzennie i zbyt technicznym ich brzmieniu. Też o niewystarczającej płynności – zbyt pomarszczonym i suchym naskórku brzmieniowym. Przetwornik jest tak dobry, że trzeba naprawdę maksymalnie się wsłuchiwać, by jakiś ślad tych tranzystorowych niedociągnięć wyłapać. A jednocześnie pozbawiony wad typowych dla lampowego brzmienia – spłaszczania dynamiki, ospałości odnośnie tempa, przesady z koloryzowaniem i przyciemnianiem, sztucznie upraszczającej gładkości. Najlepsze przetworniki lampowe biologiczność oferują ciut lepszą, trójwymiarowość czasem też, ale werwy, drajwu i dynamiki lepszych nie będą miały nawet za walizkowe pieniądze. Poza tym przetworników natywnie potrafiących czytać pliki MQA jest dosłownie jak na lekarstwo, a taki odczyt daje dodatkową satysfakcję, i to z tych naprawdę głębokich.

Pomijając wyszczególnienia odnośnie poszczególnych cech, jest też całościowe wrażenie ogólne: lubicie swój telewizor albo nie; lubicie albo nie gramofon, wzmacniacz, samochód, żonę… MATRIX AUDIO X-SABRE PRO MQA nie jest mój, ale jest taki na czas używania – czyli przez tydzień, dwa. W tym czasie go polubiłem – i wygląd, i zwłaszcza brzmienie. Gdybym go sobie sprawił, byłbym cały zadowolony i z satysfakcją korzystał.

W punktach

Zalety

Wady i zastrzeżenia

Dane techniczne: