[PL] Recenzja: Matrix Audio Element X

2021-03-05 10:40Reviews
This article originally published at HiFi PHILOSOPHY at October 20th 2020, click HERE to visit the original webpage.

 

Jeszcze całkiem niedawno zdawało się, że obciążony najróżniejszymi regulacjami przetwornik z wbudowanym słuchawkowym wzmacniaczem stanowi ostatnie piętro wypiętrzającej się złożoności. Ale minęło kilka lat i do dwóch funkcji zasadniczych doszlusowała trzecia – streamera. Efektem stoi przede mną tytułowy Matrix Element X, trzy te funkcje łączący. Zgodnie ze szkolną regułą podstawiania (nie nóg kolegom, tylko cyferek w miejsce iksów na lekcjach matematyki), należałoby zatem w miejsce tego nazwowego „X” wstawić trójkę. Jak chodzi o cyferki, istotne jest jeszcze jedno podstawienie – w puste miejsce przy cenie wstawiamy 14 tys. złotych. Teraz mamy już komplet – streamera z przetwornikiem i słuchawkowym wzmacniaczem za czternaście tysięcy.

Tego typu urządzeń na rynku nie brakuje, samo Matrix oferuje trzy inne. Pozostałe tańsze od recenzowanego, poczynając od takiego za cztery tysiące. Tak więc Element X jest w ich ofercie najdroższy, co bynajmniej nie znaczy, że najdroższych w ogóle. Niedawno recenzowałem dużo droższego funkcyjnego trójnoga od Auralica, wcześniej wielokrotnie droższego dCS Bartóka. Wychodzi na to, że ze swoimi czternastoma tysiącami jest nasz Matrix Audio Element X dość drogi, ale i tak jeszcze umiarkowanie. Znajduje się zatem w trudnym położeniu: z jednej strony wypychają go z rynku dużo tańsi, mamiący nie tylko ceną, ale oferujący też jakość; z drugiej przytłaczają o wiele drożsi, którzy mogą sobie pozwolić na lepszy techniczny wsad. Zarazem jest to miejsce szansą – trzeba odskoczyć od tych tańszych, przygasić ich jakością, i zrównać się z najlepszymi, albo przynajmniej prawie.

Matrix Audio to wie, gdyż nie sztuka to wiedzieć, i pod dyktando okoliczności nawija o swej jakości. (Że sobie porymuję.) Pisze, że ich nowy szczytowy przetwornik to jest naprawdę coś – taki naprawdę super i w ogóle; ale o tym w rozdziale technicznym, wcześniej słówko o firmie.

Matrix Electronic Technology Co., LTD to kolejny złowrogi promień wystrzelony przez chińską Gwiazdę Śmierci. Dość komiksowo to nazywam, niemniej chiński potencjał nieustająco rośnie; Europa i Ameryka same wyhodowały smoka, który je teraz zżera. Czy dadzą siebie pożreć ze szczętem, to temat na inną rozmowę – nasz dotyczy jedynie trzyfunkcyjnego combo, opatrzonego nowomodną nazwą pisaną z małej litery. Lecz już mi wychodzi bokiem ta pisanina z małej, że potem nazw w tekście nie znać – więc napisałem tytuł z dużej. No nic, zostawmy nazwy i odłóżmy na inną okazję zagadnienia globalne, skupmy się na producencie.

Matrix Audio streszcza swoją historię w następujący sposób: W 1999 roku, w pięknym i starożytnym mieście Xi’an, trzej koledzy, późniejsi założyciele, spotkali się na inauguracji nauki w liceum. Trzyletni okres spędzony wspólnie poświęcili w czasie wolnym od zajęć studiowaniu urządzeń audio, też rozmawianiu o muzyce i grze na muzycznych instrumentach. Kiedy spotkali się ponownie w 2009, postanowili powołać do życia własną markę, to nasze Matrix Audio. Po kilku latach prób, błędów i wynalazczych poszukiwań założyli na koniec w 2013 w miejscu pierwszego spotkania firmę Matrix Electronic Technology Co., LTD, rejestrując jej znak towarowy „Matrix Audio”. Obecnie przedsięwzięcie ma postać zespołu „kochających muzykę inżynierów, projektujących i wytwarzających wysokiej jakości urządzenia popularne już w wielu regionach świata”. Wiodącą ideą jest harmonia: harmonia piękna otaczającego świata, piękna świata muzyki i piękna rzeczy pięknej, jaką może być urządzenie audio. Estetyka zatem w każdym wymiarze, ale i nowoczesność.

Odwołanie do nowoczesności jest tutaj główną rzeczą, bo czym, jak nie większą nowoczesnością i niższymi cenami nowa marka ma ze starszymi walczyć? Tej sprawy nie zaniedbano, urządzenia od Matrix Audio mają być, wedle zapewnień, szczególnie nowoczesne. Natomiast nie szczególnie tanie, za to szczególnie świetne.

Budowa

Z wyglądu klasyk naszych czasów.

Zawartość wnętrza idzie pod rękę z modą, gwarantując wszystkie nowinki z zakresu przykomputerowego audio. Mamy więc czterordzeniowy procesor NXP i.MX 6Qad Cortex-A9 1.2 GHz pod kontrolą systemu Linux, kość przetwornikową Sabre ES9038 PRO pod kontrolą femtosekundowego zegara Crystek CCHD-950 oraz niskoszumny procesor napięciowy ESS Tech ES9311 LDO, dbający o jakość sygnałowych prądów wyjścia. Plus jeszcze w interfejsie USB kość XMOS XU216 obsługi plików MQA. A właśnie! – wszystko to razem zdolne jest obsługiwać z najwyższą dokładnością wszystkie standardy i formy eksploracji zapisu cyfrowego, poczynając od wciąż rosnących w siłę MQA (Master Quality Authenticated), nowego standardu formatowania cyfrowego audio, mającego gwarantować bezdyskusyjnie wyższą, absolutnie szczytową jakość. Równą nawet jakości taśm matek służących za wzorce przy produkcji płyt, a w takim razie: – Ach! Och! Uhhh! – świat jeszcze czegoś takiego nie widział!

Odnośnie tego są diametralnie różne stanowiska. Niektórzy takiej jakości w tych MQA nie widzą i sam słuchając takich plików z TIDAL też byłem raczej rozczarowany. Ale załóżmy, że och-ach, zaraz będzie okazja sprawdzić. Tak jeszcze przy okazji, to Matrix Audio oferuje za dziewięć pięćset X-SABRE PRO MQA – natywny czytnik takich plików, jeszcze lepiej do nich przystosowany, który można sprzęgać z Element X, by stało się niebiańsko. I bardzo się przy okazji chwali, że to sprzęganie wykonuje przez kabel HDMI wolny od audiofilskich wariactw z szalonymi cenami. (Nie do końca tak jest, ale faktycznie te kable mniej są drogie; szczytowej jakości taki kosztuje parę a nie parędziesiąt tysięcy, aczkolwiek Nordost Valhalla niestety paręnaście.)

Płaski, wielofunkcyjny.

MQA swoją drogą, i zawsze czas na takie, ale większość plikowej muzyki jest trochę niższej jakości, pomimo tego chciana. Element X może ją oddać w formie analogowej zasysając pliki cyfrowe poprzez wejścia USB, IIS LVDS (HDMI) i dwa koaksjalne. Może także pobierać pliki bezprzewodowo ze smartfona i czytać z kart pamięci albo pendrajwów, tak więc wszelkie plikownie z Internetu, macierze NAS, HDD w komputerach, karty MicroSD i komórki pamięci w komórkach – to wszystko może mu służyć za źródło, żaden plik się nie zmarni. Odnośnie oddawania po przerobieniu, to dwie anteny z tyłu gwarantują sianie radiowe (WiFi), a tylne wyjścia XLR i RCA po kablach. Bez zewnętrznych wzmacniaczy, w tamtych przypadkach potrzebnych, obejdą się natomiast umieszczone na przodzie gniazda wyjściowe słuchawek. Tych obfitość, gdyż dwa najbardziej z lewej stanowią jednocześnie niezależne wyjścia niesymetryczne 6,35 mm i parę pojedynczego symetrycznego 2 x 3-pin, co realizują dwufunkcyjne gniazda Neutrika. Dla nie posiadających podwójnego zestawu XLR-ów uzupełnieniem popularne gniazdo symetryczne 4-pin – a w takim razie pełna wygoda, brak jedynie zdobywającego ostatnio popularność wyjścia symetrycznego jack 4,4 mm. Odnośnie ważna uwaga – tryby pracy gniazd słuchawkowych nawzajem się wykluczają: po zadaniu symetrycznego gniazda z lewej stają się wyłącznie wyjściem symetrycznym; chęć usłyszenia czegoś przez duży jack wymagać będzie powrotu w tryb niesymetryczny. Tego rodzaju ograniczenie nie odnosi się do gniazd z tyłu: wyjścia XLR i RCA mogą pracować w trybie mieszanym, aczkolwiek lepiej będzie ustawić tylko ten, którego w danej chwili używamy.

Potencjometr to zarazem penetrator menu.

Na przedni zestaw obsługowy poza gniazdami składa się umieszczony w centrum ekranik OLED, obdarzający spokojnym światłem (można go nie tylko wygaszać, ale także ustawiać czas wygaszenia). Komunikuje rodzaj dekodowanego pliku, zbalansowanie oraz aktywowane wejście i numer używanego cyfrowego filtra spośród ośmiu oferowanych. Pokrętło przy ekranie, zwyczajem takich urządzeń, służy jednocześnie za potencjometr i penetrator menu, przyciśnięciem potwierdzający wybór. Dwa obok małe przyciski pomagają to menu przeczesywać, a dodatkowa uwaga odnosi się do potencjometru, który nie jest ani analogowy, ani cyfrowy, tylko pracuje w opracowanym przez samo Matrix Audio trybie kombinowanym, gwarantującym ponoć najwyższą jakość. Całkiem po prawej jeszcze mały włącznik główny i zbyt jaskrawo świecąca dioda indykator włączenia. Z tyłu, prócz wymienionych wejść i wyjść, oczywiście gniazdo prądowe oraz dok karty pamięci MicroSD (ekran potwierdzi jej włożenie), a także port HOST USB oraz wyjście optyczne. Urządzenie można obsługiwać z poziomu systemów Mac OS i Android; całe bogactwo operacyjnych możliwości przedkłada instrukcja obsługi do ściągnięcia ze strony producenta.

A gniazda symetryczne zarazem niesymetrycznymi.

Z technicznych rzeczy co istotne: wzmacniacz słuchawkowy oferuje dwa tryby wzmocnienia: Low 18 dB i High 28 dB, co w wyższym oznacza moc 1700 mW/32Ω; 1180 mW/300Ω i 650 mW/600Ω. Poza tym urządzenie oferuje darmowe oprogramowanie obsługi bibliotecznej dla Mac i Android oraz współpracę z serwisami Roon i AirPlay. W komplecie dostajemy kabel zasilający, kabel USB i zgrabnego aluminiowego pilota, poprzez wygodnie duże przyciski pozwalającego regulować siłę głosu, zmieniać gniazda wejściowe, całkowicie wyciszać i przełączać się między cyfrowymi filtrami.

Samo pudełko jest nowomodnie płaskie i nowomodnie średniej wielkości (340 x 281 x 60 mm). Poza tym jest podwójne, aby dać lepszą sztywność i izolację. Schowane w nim urządzenie może pobierać maksymalnie 25 watów z gniazdka, całość waży 4,2 kg. Potraktowana została satynowo srebrzystym, lekko ziarnistym wykończeniem aluminiowego korpusu i osadzona na niziutkich nóżkach w postaci czarnych krążków z tworzywa z filcowym podścieleniem. Tyle za te 14 tysięcy odnośnie tego wszystkiego, co nie jest samym brzmieniem, przekażmy pałeczkę jemu.

Brzmienie

Z tyłu pełna obsługa formatów.

Skoro te MQA takie ważne, marketingowy sztandar Matrix Element X dzierżące, zacząłem od nich. Co oznaczało wpuszczanie sygnału przez gniazdo USB, jedyne mogące je wpuszczać. Gniazda słuchawkowe ustawiłem natomiast w pozycję balans i posłużyłem się parą 3-pinowych przyłączy, jako z reguły lepszych od 4-pinu. Tak cóż, startujmy.

Czy rzeczywiście cyfrowy zapis MQA jest jakościowo taki sam jak analogowe taśmy matki? Według mnie nie do końca, ale coś niewątpliwie jest na rzeczy, to żadna czcza gadanina. Przy czym nie był w teście obecny zalecany dla najwyższej jakości czytnik natywny X-SABRE Pro MQA, a dopiero pod jego udział mielibyśmy wiążącą odpowiedź. Sprawa pozostaje zatem w zawieszeniu, ma ten X-SABRE za czas jakiś dołączyć i wtedy rozstrzygnięcie. Ale i tak muszę przyznać, że pliki MQA odtwarzane przez sam Matrix Audio Element X zrobiły na mnie wrażenie; całkiem odwrotne niż za pośrednictwem nieprzystosowanych, albo przystosowanych mniej przetworników. Nie do końca tego samego rodzaju, jak analogowe taśmy matki, niemniej trudno nie doszukiwać się analogii. W obu zapisach dominuje bowiem to samo; rzecz trudna do uchwycenia słowem, którą umownie nazwę „potęgą ideału”. Analogowe taśmy wzorcowe – głębia i moc ich brzmienia – nie potrzebują żadnych sztuczek, retuszy, aranżacyjnych chwytów. Są jakościowo niezatapialne, przedkładając uszom słuchacza jedność muzycznej materii i formy. A choć w oryginalnym wykładzie Arystotelesa jest ona nieosiągalna dla bytów z tego świata, to tu, w kategoriach ludzkich zmysłów, zostaje niemal osiągnięta. Nie do końca na tych taśmach żyje muzyka całkiem jak prawdziwa, ale tak dobrze uchwycona, że nie odczuwamy różnic. Słuchając takich taśm dwa lata temu na AVS ze słuchawkami Final D8000 miałem wrażenie sytości i całkowitego spełnienia. Jaka szkoda, że one same i profesjonalne magnetofony są takie drogie, a co najgorsze, oferowany na tym nośniku repertuar jest bardzo ograniczony. W to miejsce niosą pociechę te pliki MQA odczytywane przez Element X. To z pewnością nie jest to samo, ale na pewno podobne. Może nie tyle w odniesieniu do samej jakościowej treści, co postawy, jaką zajmujesz słysząc taką muzykę. Materiał MQA jest od taśm matek bardziej echowy i bardziej rozdyma przestrzeń. Czuć w tym odrobinę sztuczności, ale bardzo niewiele – o wiele silniejszy jest urok.

Z przodu pełna słuchawek.

Wszyscy kochamy wielką przestrzeń i czystość wypełniającego ją medium; a na dodatek to medium w MQA bardziej zaznacza swą obecności i czyni to poza dźwiękami. To znaczy, tak naprawdę poprzez dźwięki, ale nie należące do muzyki. A jeszcze ściślej – należące do niej, ale jako sama obecność tła. Obecność milcząca w taki sposób, że to milczenie się czuje. Trochę jak grymas albo pozę osoby ust nie otwierającej, a jakże obecnej gestem.

Milczącą przestrzeń w plikach MQA też cały czas się czuje; ona oddycha – i nic więcej. Cicho, wymownie, otwierając otchłań. Żadnego jej przejawu poza ciszą oraz wielkim obszarem, przez który niosą się dźwięki. A ciarki biegają po skórze… Tak, prawda, macie rację – nie trzeba aż pliku MQA, żeby to zaistniało. Ale zwykle trzeba aparatury droższej niż za czternaście tysięcy i nie dzieje się tak w przypadku każdego jednego utworu. Tymczasem tutaj tak się działo, aczkolwiek w różnym stopniu w zależności od stosowanych słuchawek. Trzeba to głośno powiedzieć – najmocniej z Ultrasone Tribute 7. Pasowały zdecydowanie najlepiej; ich ciśnieniowe medium milczało najbardziej wymownie. Trochę tym byłem zaskoczony, ponieważ bardziej spodziewałem się tego po HEDDphone. Ale synergia niemieckich dynamicznych zamkniętych (Tribute 7) okazała się większa niż niemieckich dynamicznych otwartych (Sennheiser HD 800) i niemieckich otwartych AMT (HEDDphone). Wszystkie trzy brzmiały w popisowy sposób, ale Tribute 7 najbardziej mistycznie, a Sennheiser HD 800 najbardziej normalnie. W nich ludzkie głosy miały wyraźny posmak codzienności, jakbyś rozmawiał z kimś w pokoju, podczas gdy z Tribute 7 był to kontakt o posmaku metafizycznym. Jedno i drugie było świetne, a tylko jedno bardziej niezwykłe, aż wręcz zdumiewające. Wyraźnie znaczone obecnością femtosekundowego zegara, bez którego tak się nie dzieje, również znakomitego przetwornika, w sensie użytej kości. Matrix przejawił podobieństwo do znakomitego Calyx Femto i dCS Bartóka – też oferował coś więcej niż dobre brzmienie, oferował misterium dźwięku. By ono w pełni zaistniało, potrzeba dużo więcej niż sama obecność wielkiej, milczącej przestrzeni – i tu to więcej było pod trzema postaciami. Było także jako analogowość i całkowita spójność. Analogowość nie aż taka, jak na prawdziwych taśmach matkach, niemniej spoista płynność muzycznej tkanki i wyczuwalna obecność przestrzeni były wysoce ponadprzeciętne.

Nawet tych prądożernych.

To w tej płynnej spójności przejawiał się arystotelesowski wymóg powiązania materii z formą; nie czuć było, że się rozchodzą, że muzyka chociaż trochę zatraca swoją postać – przeciwnie, w materii tego brzmienia się cała przejawiała. Nie można było się dopatrzyć żadnej luki na skutek kanciastości, zatracania szczegółów, źle realizowanej sceny, spłaszczonej dynamiki, spłowienia barw. Wszystkie te cechy razem wzięte składały się jedność – inną, ale tak samo spójną, jak u żywej istoty. Materia brzmienia ukazywała się w całkowitej jednolitości brzmieniowo-substancjalnej na tle nawet w pauzach obecnej przestrzeni i przejawiała dwie jeszcze inne cechy dające zasadniczą wyższość – dynamikę i swoistość.

Weźmy do zobrazowania klasyczny utwór mogący to dobrze pokazać – sławnego Moby Dicka z płyty „Led Zeppelin II”. Zawiera legendarne solo perkusyjne Johna Bonhama, będące dla perkusistów czymś na podobieństwo ośmiotysięcznika dla alpinisty. Kto potrafi tak zagrać, ten przynależy do elity, ale nas nie interesuje tutaj technika perkusyjna, tylko sama brzmieniowa postać. Porównałem trzy pliki: jeden zwykły z YouTube, drugi kupiony razem z płytą w wysokiej rozdzielczości, trzeci z TIDAL-a MQA. Tylko na tym ostatnim wyraźnie było słychać, że Bonham uderza w bębny także gołymi rękami, a wyższość jakościowa odpowiedzi membrany nie zostawiała wątpliwości. podobnie lepiej się zaznaczała objętość samych bębnów i sfera działania ich głosów – były wyraźniejsze i większe. W ogóle miało miejsce coś, co można nazwać skokiem jakościowym: plik MQA czytany przez Matrix Element X przenosił słuchacza na wyższy poziom. Czucie przestrzeni i swoistości brzmień poza dyskusją z wyższej ligi nawet w przypadku porównania do pliku kupionego za pieniądze, tak nawiasem niemałe. W porównaniu do płyty winylowej brzmienie było wprawdzie mniej ciepłe i minimalnie mniej swoiste – bez takiej dawki brzmieniowej soli – ale, co znów mnie zaskoczyło, w minimalnym jedynie stopniu redukowało energię. Tej w pliku MQA było wyraźnie więcej niż w przypadku dwóch pozostałych – mówienie zatem, że ten sposób cyfrowego zapisu zbliża do analogowych taśm matek nie pozbawione jest podstaw. Jak na początku powiedziałem: to nie jest dokładnie to samo, ale jedność materii i formy zaznacza się podobnie. Spoistość tkanki, indywidualizm brzmieniowy oraz niesiona przez muzykę energia też okazują się zbliżone. Zbliżenie to zapewne ma jeszcze mniejszą lukę z udziałem czytnika X-SABRE Pro MQA, ale na ile jest niewielka, tego na razie nie wiem. Póki co diagnozuję, że combo Matrix Element X bez wątpliwości się wyróżnia i za niemałe, ale jeszcze znośne dla przeciętnego audiofila pieniądze, oferuje naprawdę dużo.

I oczywiście plików MQA.

Fakt – TIDAL nie jest za darmo i trzeba mieć oprawę.

Odnośnie tego ważna uwaga – Matrix powinien grać przez złącze USB. Nie tylko dlatego, że to jedyne przepuszczające pliki MQA, ale w ogóle tak woli. Pewnie za sprawą kości XMOS XU216 w interfejsie uniwersalnej magistrali, też pewnie z innych przyczyn, kolejnych optymalizacji. Skoro dla Matrix MQA wiodące, a tylko USB je wpuszcza, to jasne, że tam poszła jakość. To słychać, nie ulega wątpliwości, że poprzez wejście koaksjalne muzyka traci lwi pazur. Energia spada, przestrzeń przestaje być magiczna, w jedność materii z formą zaczynają wkradać się luki. Jest dobrze, ale już nie nadzwyczajnie; cena czternastu tysięcy przestaje się uzasadniać. Tego nie ma w przypadku USB, tu te czternaście jest okazją. Więc TIDAL, dobry kabel USB, do niego dobrze będzie dołożyć iPurifiera3, podstawić pod Matriksa podstawki antywibracyjne. Niestety trzeba będzie postarać się o przyzwoity kabel zasilający (najtańszy z dobrych, o jakim wiem, to Luna Cables Gris Power). I dobrze będzie mieć słuchawki zdolne obsłużyć wyjścia symetryczne, najlepiej to 3-pinowe; ale na koniec bez symetrii – i skoro obniżamy loty, to także o normalnych plikach.

Odnośnie Balanced/Unbalanced w ruch poszły HEDDphone z Tonalium dla Balanced i Sulkiem Unbalanced. Nie było dużej różnicy pod względem jakości ogólnej. Bardzo nieznacznie spadła aktywność przestrzeni dla niezbalansowanego, a cechy obu kabli opisane w recenzji Sulka zostały zachowane. Powiedziałbym, że topowe słuchawkowe kable grały dość blisko siebie stylistycznie, z tym że Tonalium chłodniej, jaskrawiej i smuklej, a Sulek z lepszym wypełnieniem i rozmaitszym kolorytem, też intensyfikacją środka pasma. Nieco śpiewniej, nieco złociściej, z nico też dalszym pierwszym planem i lepiej uchwyconą perspektywą. Pewnie w trybie zbalansowanym prezentowałby się jeszcze lepiej, ale i tak wypadł świetnie, zwłaszcza w obliczu nie jakiegoś bardzo zasadniczego, niemniej dającego się trochę we znaki spadku mocy. Nie poszło to w stronę utraty blasku, żywości i dynamiki; też w trybie niezbalansowanym grało to pierwszorzędnie, a tylko „metafizyczna” obecność przestrzeni i „psi nos” sygnałowy zostały trochę zredukowane.

Jamniczek naszych czasów. Ale lepiej dać mu antywibrację.

Odnośnie natomiast zwykłych plików w kładzie niezbalansowanym, różnica pomiędzy nimi względem MQA bywała już zasadnicza. Przykładem Black To Black Amy Winehouse, które dosłownie umarło, tracąc większość żywości, bezpośredniości i energii. Ale czasami działo się inaczej, na przykład album „Antarctica” Vangelisa w wersji zwykłej (zremasterowanej, ale nie aż do MQA) okazał się brzmieć pierwszorzędnie. Bez tej najwyższej nutki, wprawiającej przestrzeń w metafizyczne drżenie, ale gdybym nie wiedział, że to nie jest MQA, mógłbym podejrzewać, że jest.

Podsumowanie

Właściwie wszystko już powiedziałem. Mający dostęp do plików MQA i gotowi zaopatrzyć się w obsługę transferu po USB zapewniającą wysoką jakość, na pewno nie popełnią błędu zaopatrując się w najdroższy kombajn od Matrix Audio. Naprawdę niewiele mu brakuje do dCS Baróka, o pomyłkę przy ślepym teście nie byłoby chyba trudno. To jest to samo nabożeństwo w przypadku plików wysokiej jakości. Religijne na poły obcowanie z samym duchem muzyki, czuciem na sobie jego tchnienia. Trochę jedynie szkoda, że słuchawki Ultrasone Tribute 7 pasowały lepiej od pozostałych, ale tak to już czasem bywa – akurat ich szczególnie ciśnieniowa postać brzmienia okazała się wyjątkowo celnym dopełnieniem. Ale to tylko w odniesieniu do obecności przestrzeni, pozostałe parametry brzmieniowe realizowały się równie dobrze w pozostałych słuchawkach. Mało tego – HEDDphone wciąż oferowały dźwięki najbardziej trójwymiarowe, Sennheiser HD 800 ujmowały prostą naturalnością, graniem najbardziej niczym w normalnym, bezechowym otoczeniu. Tym niemniej wraz z ciśnieniem dawały Ultrasone najlepsze wypełnienie, najlepszą melodyjność i w rezultacie końcowym najdoskonalszy realizm. Akurat tak tym razem… W połączeniu z psim nosem wyczulenia na sygnał stwarzało to audiofilskie święto, którego bycie świadkiem rodziło wielką satysfakcję. Wiem, że posiadacze tych słuchawek stanowią wąziutkie grono, ale są przecież inne wysokociśnieniowe, niektóre całkiem tanie. Podejrzewam, że Beyerdynamic T1 w wydaniu McIntosha, Focal Utopia, AudioQuest NightHawk czy Grado PS2000e wypadłyby podobnie dobrze.

W punktach

Zalety

Wady i zastrzeżenia

Dane techniczne: